
Dziś słucham pięknej, melancholijnej płyty Dennisa Gonzáleza "Hymn for Tomasz Stanko". Recenzję płyty znalazłam na blogu Stefa. Oczywiście wpadłam jak śliwka w kompot. Muzyka pozwala utopić smutek. Gdyby nie to, że muzyka mnie pochłania, a ja ją, byłoby niemożliwie źle. Szukam piękna właśnie w dźwiękach, bo może już w czym innym nie potrafię? Jeśli nie potrafię tego odnaleźć w sobie, w innych? Sztruks napisał, że w życiu jest w stanie zrozumieć tylko muzykę. Skąd ja to znam? Dziś ratują mnie dźwięki trąbki Gonzáleza i Cherry'ego. I jak zawsze saksofon Colemana w "Lonely Woman", poezja Bukowskiego i obrazy Edwarda Hoppera, czyli nic nowego. Jazztopad i chandra w pełni. Powinnam zmienić futro i zasnąć.
A znasz "Lonely Woman" w wersji (a właściwie wersjach) braci Olesiów?
OdpowiedzUsuńU mnie dziś od rana "Kronos gra Hendrixa - a la polonaise", czyli Kwartet Śląski gra muzykę Republiki. Jakoś przedziera się przez te chmury, choć początkowo płytę traktowałem bardzo nieufnie.
Ups, nie wiem skąd mi się wzięli bracia, to solowa płyta Marcina Olesia, "Ornette on bass".
OdpowiedzUsuńMuzyka jest taka piękna, bo nigdy nie rani. Jej szczerość i miłość zawsze jest dobra. Inaczej w życiu, gdzie wszystko ma drugie dno. Ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, że nawet szczerym w życiu być nie można, gdyż zawsze prowadzi to do czegoś niedobrego. Tak samo z miłością, którą przepełnione są dźwięki. W muzyce nic nie prowadzi do zła. I to jest jej największa wartość. :)
OdpowiedzUsuńA związek artysty ze słuchaczem jest chyba najbardziej czystym i intymnym doświadczeniem, w jakim człowiek może wziąć udział. :) Szczególnie w kameralnych miejscach i małych składach (jak np. Trio Sonore, czy Marc Ribot solo – spędzenie czasu z muzyką tych ludzi było dla mnie naprawdę magiczne...)
OdpowiedzUsuńSłuchajmy muzyki! Żyjmy muzyką! :)
Andrzeju, właściwie słabo znam Olesiów. Byłam raz na ich koncercie z Jörgensmannem. Koncert plenerowy w strugach deszczu, za to pod samą sceną. Dziwne, ale poźniej już nie wróciłam do ich płyt. "Lonely Woman" poszukam. A znasz tę Zorna?
OdpowiedzUsuńSztruksie, mimo wszystko szczerość jest najlepsza. To pewnie coś innego zawiniło. Muzyka owszem, ta na kameralnych koncertach jest najlepsza. Ostatnio miałam tak na Shofar.
Dzięki za słowa otuchy :)
Tej Zorna nie znam, a Olesiów postaram się mieć w środę w kieszeni :-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Olesiów już znalazłam. Pięknie brzmi ten utwór na kontrabas.
OdpowiedzUsuńCzekałem kiedy chłopaki skończą stroić, aby wtopić się w tą melancholie. Niestety zanim skończyli, skończył się utwór. Szkoda.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam
Mówisz o Olesiach czy Gonzalesie? Jeśli o Olesiach, to faktycznie krótki ten utwór...
OdpowiedzUsuńZ Olesiami chodziłam przez chwilę do szkoły muzycznej. Ja skończyłam, oni wyszli z hukiem głośno krzycząc, że "do grania jazzu nie potrzebne im dyplomy". Udowodnili swoją rację ;) A co do "Lonely Woman" ... jeden z moich najulubieńszych utworów.
OdpowiedzUsuńPS. Co to jest "blog Stefa"?
Ciekwostka z Olesiami :) Fro, a Ty na czym grasz? Ten blog, to blog o free jazie, tu link:
OdpowiedzUsuńhttp://freejazz-stef.blogspot.com/
Foxy, mam nadzieję, że już jesteś w drodze! Jeśli nie, przeczytaj maila!
OdpowiedzUsuń