Pierwszy raz usłyszałam jego głos, prawie 20 lat temu. Była to płyta “Franks Wild Years”, oczywiście słuchana z kasety. I mimo mojej wielkiej miłości do Toma Waitsa, nie była to miłość od pierwszego słyszenia. Wtedy jego głos i muzyka, wydawały mi się trudne i mało przyjemne dla uszu. Za to teraz, jest to miłość bezgraniczna i dojrzała.
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ja zaczynałem od "Blue Valentine" zagranej kiedyś w całości w Trójce przez Piotra Kaczkowskiego, a pierwszą płytą, jeszcze winylową, którą kupiłem sobie na tak zwanym Zachodzie, było "The Heart of Saturday Night". Pierwszą w ogóle, nie pierwszą Toma.
OdpowiedzUsuńTeż powinnam zacząć od tych płyt, nie byłoby takiego szoku :) Pierwszy raz w radiowej trójce, to Wojciech Mann przedstawił muzykę Toma Waits'a. Podobno bez odzewu, cisza w eterze.
OdpowiedzUsuń