Chyba nie było tu jeszcze ani słowa o literaturze. A przecież czytam i to sporo, podbijam mocno średnią w górę. Kocham literaturę na równi z muzyką. Jestem wręcz uzależniona od czytania. Rzadko zdarza się w moim życiu dzień bez książki. Tak, to niewątpliwie plusy odległości, jakie muszę pokonywać w moim ukochanym mieście. Jak już jestem przy mieście, to jakoś tak się złożyło, że właśnie sporo Warszawy i warszawskich autorów ostatnio czytuję. Niezmiennie Stasiuka, który zostawił miasto i przeniósł się w Beskidy. Właśnie czytam ostatnią jego powieść „Taksim”, a wcześniej ubawiłam się do łez przy „Jak zostałem pisarzem”. Jeśli ktoś ma ochotę na coś zabawnego i przyjemnego, albo walczy z chandrą, to zdecydowanie polecam. Dużo w niej Warszawy i wspaniałych anegdot.
Szukam w literaturze czegoś świeżego i mocnego, a to dała mi Sylwia Chutnik w „Kieszonkowym atlasie kobiet”. Jestem pod wrażeniem jej pióra, choć raczej uciekam od literatury feministycznej, ale nie w tym przypadku. Cztery ciekawe portrety kobiet (w tym jeden - paniopana). No i wszechoobecna Ochota, ta współczesna i ta z czasów wojny. Dzięki Chutnik inaczej spojrzałam na Ochotę i odkrywam ją na nowo.
Kwintesencją słowa jest jednak Miron Białoszewski i jego „Chamowo”. To dziennik autora, rok z życia na Lizbońskiej. Miron opisuje swoje odkrywanie Grochowa i Saskiej Kępy, oswajanie z nowym mieszkaniem w mrówkowcu, nocne podróżowanie po stolicy, spotkania z przyjaciółmi. Czyta się jego prozę niespiesznie, z przyjemnością, smakując słowa.
„Taksim” Stasiuka, przeplatam z „Tequilą” Krzysztofa Vargi. Mieszam literaturę, bo alkoholu mieszać podobno nie można. Wyszło, że czytam tylko polską literaturę współczesną, a to nieprawda. Ale o tym w następnym odcinku...
sobota, 20 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Do literackich klimatów w-wy dodałabym jeszcze dwie pozycje: Z głowy J Głowackiego i Miasto utrapienia Pilcha, może nie tylko w nich Warszawa ale obie książki dla mnie były rewelacyjne. A Stasiuka uwielbiam odkąd wyjechał na prowincję i pisze takie powieści jak jadąc do Babadag, czy Opowieści galicyjskie. Przez Mury Hebronu niestety nie przebrnęłam. Może byłam za młoda, gdy po nie sięgnęłam?
OdpowiedzUsuńNapisz kiedyś, co polecasz z lit. zagranicznej
ps.Fajnie, że są ludzie podbijający średnią ;)
Dzięki Magenko za polecenie, a co do średniej to podobno tylko 30% Polaków w ubiegłym roku, przeczytało książkę. Nie chce mi się w to wierzyć, może dlatego że nie znam takiej osoby. Wszyscy wokół mnie czytają.
OdpowiedzUsuń"Mury Hebronu" bardzo mocna książka, zdecydowanie nie na poprawę nastroju.
Dwa kursy SKM wystarczyły mi wczoraj na przeczytanie "Ciemnego lasu" Stasiuka, a wczesne obudzenie się i niechęć do wstania pozwoliły na dokończenie lektury "Sindbada" Sandora Marai, którego czytałem w kolejkach przez kilka ostatnich tygodni. W średnią wierzę, jest smutna.
OdpowiedzUsuń"Ciemny las" zostawię na później, chyba mam przesyt Stasiuka. Jeśli "Sindbad" Marai, jest tak dobry jak "Żar", to chętnie przeczytam. Póki co sięgam po "Jadę sobie" Marzeny Filipczak. Przewodnik po Azji. Wcześniej przeczytałam świetną książkę Michała Kruszony o Rumunii "Podróże w poszukiwaniu Diabła".
OdpowiedzUsuń"Sindbad powraca do domu" jest zupełnie inną książką niż "Żar", myślę, że najbardziej będzie się podobała miłośnikom Węgier i "węgierskości". Nie jest to właściwie powieść, raczej opowieść o pisarzu i literaturze, a jej pełne zrozumienie wymaga chyba co najmniej obycia z literaturą węgierską końca XIX i początku XX wieku, co niestety pozostanie dla mnie nieosiągalne. I bez tego pełnego zrozumienia książka jednak bardzo mi się podoba, choćby na poziomie naprawdę kapitalnie pokazanych detali.
OdpowiedzUsuńA z tym mieszaniem alkoholi to nie całkiem jest tak, jak lud głosi. Jeśli tylko pije się do posiłku, wypicie aperitifu (lekkiego wina, małego piwa czy koktajlu), kieliszka wina do przystawek lub zupy (tak, do zupy też można!), innego do dania głównego, innego wreszcie do deseru i potem nawet czegoś mocniejszego "na trawienie", nie powinno pociągnąć za sobą jakichś strasznych konsekwencji, tym bardziej, gdy obok wina pije się też wodę. Picie bez jedzenia to zupełnie inna sprawa, ale głównie dlatego, że chyba trudniej zapanować wówczas nad ilością.
OdpowiedzUsuńZ mieszaniem alkoholi, to raczej metafora, odniesienie do bohatera Vargi, który pije i miesza wszystko :) Ze mnie kiepski smakosz alkoholu, szczególnie tego mocniejszego :)
OdpowiedzUsuń